W zeszłym tygodniu w Wall Street Journal ukazał się świetny artykuł autorstwa Marka Heckmana, wiceprezesa Global Farmer Network1 i producenta bydła, kukurydzy i świń, który trafił w sedno. Rzadko zgadzam się z tymi ludźmi, ale tym razem trafił w dziesiątkę.
Dla tych, co nie mieli okazji go przeczytać informuję, że autor zasadniczo krytykuje Trumpa za szkodliwość ceł dla rolnictwa. Pisze: „Wysokie koszty nawozów i niskie ceny soi sprawiły, że w tym roku trudno jest związać koniec z końcem. Jesteśmy na skraju najgorszego kryzysu rolnego w kraju od lat 80. Wojny handlowe pana Trumpa są dużą częścią problemu. Kosztowały mnie i innych rolników bardzo dużo”.
Chyba powinienem wybaczyć mu nieetyczne odwrócenie „mnie” w ostatnim zdaniu – zawsze należy stawiać siebie na końcu. Ale on jest prawdopodobnie uzależniony od muzyki country, która ciągle to niegramatyczne odwrócenie stosuje i generalnie używa „mnie”, kiedy powinno być „ja”. Myślę, że więcej słów rymuje się z „mnie” niż z „ja”. Ale to dygresja.
Następnie pisze, że „większość mojej [soi] pozostanie niesprzedana w magazynie” porównując to do 275 milionów buszli tego zboża, które Chiny zamierzają kupić od Argentyny. Następnie pisze: „Wiele mediów opisuje potencjalne wypłaty pomocy dla amerykańskich producentów soi jako „pakiet ratunkowy”. Ja uważam to za policzek. Pieniądze nie zrekompensują nawet w najmniejszym stopniu strat poniesionych przez rolników”.
Tę część artykułu postrzegam jako typowe, konwencjonalne narzekanie, ale ostatni akapit jest naprawdę mocny: „Rząd powinien przestać przeszkadzać amerykańskim rolnikom i pozwolić działać siłom rynkowym. Nie dawajcie nam jałmużny. Pozwólcie nam sprzedawać to, co uprawiamy, ludziom, którzy chcą to kupić, w kraju i za granicą”.
Uspokój się, moje bijące serce. Czy on chce zlikwidować dotacje? Zlikwidować dotowany etanol, który pochłania połowę amerykańskich zbiorów kukurydzy? Zlikwidować przepisy dotyczące żywności, które nie pozwalają mi sprzedawać sąsiadowi potrawki z kurczaka? Albo domowego chleba kukurydzianego? Czy to możliwe, że całe to zamieszanie na terenach rolniczych sprawia, że nawet diabeł chce zatańczyć z libertariańskimi aniołami? Wydaje się to zbyt daleko idącą fantazją, a jedyne, co możemy zrobić, to spojrzeć na to, co mówi ten człowiek, i powiedzieć: „Amen, bracie”.
Czy uważasz, że Global Farmer Network [non-profit organizacja rolnicza, założona w 2000 roku której celem jest wzmocnienie głosu rolników na arenie globalnej w kwestiach związanych z: wolnym handlem rolnym, dostępem do nowoczesnych technologii (w tym biotechnologii, GMO, precyzyjnego rolnictwa), zrównoważonym rolnictwem (np. regenerative agriculture), bezpieczeństwem żywnościowym, wzrostem gospodarczym i redukcją ubóstwa] podpisałaby się pod PROKLAMACJĄ EMANCYPACJI ŻYWNOŚCIOWEJ [ stworzony przez Salatina dekret/apel, który domaga się "wyzwolenia" systemu żywnościowy spod nadmiernych regulacji rządowych (federalnych i stanowych w USA). Chodzi w nim m.in. o umożliwienie bezpośredniej sprzedaży żywności między sąsiadami, rolnikami a konsumentami (np. surowe mleko, domowe przetwory, mięso z małych ubojów) bez konieczności spełniania kosztownych wymagań przemysłowych (licencje, inspekcje FDA/USDA). Salatin porównuje obecne regulacje do "tyranii" lub "niewoli żywnościowej" – konsumenci mają wolność wyboru w wielu sferach życia (np. sypialnia, łazienka, aborcja), ale nie w kuchni. Propozycja ma na celu: obniżenie cen lokalnej żywności (o 30–40%, bo bez kosztów transportu i przetwarzania przemysłowego); wsparcie małych rolników; zwiększenie bezpieczeństwa żywnościowego (mniej zależności od wielkich korporacji); walkę z oligopolem w przemyśle spożywczym]? Naprawdę?
Opr. JB
1 Z ang. Globalna Sieć Farmerska.